Robin Hood: Koniec legendy





   Kino przez duże "K". Tak można określić trzy premiery tego tygodnia. Wyłamuję się jedynie "Toy Story 5", który jest odgrzewanym kotletem pod komercyjnego widza. Nie wiedziałem czego się spodziewać po kolejnej ekranizacji dobrotliwego króla złodziei. W roli głównej sam Hugh Jackman. Jak widać bez Marvela istnieję artystyczne życie. Niedawno widzieliśmy go w "Sprawiedliwości owiec" a wcześniej w musicalu z nominowaną do Oscara Kate Hudson. 





Tutaj gra podstarzałego Robina Hooda. Wygląda jak mieszanka Gandalfa i Sarumana z "Władcy Pierścieni". Sam film początkowo w aspekcie wizualnym mocno przypomina "Wikinga" Roberta Eggers. Da się też wyczuć klimat drugiej części "28 lat później". Bardzo dobra ścieżka dźwiękowa, aktorstwo. Na drugim planie bardzo dobra Jodie Comer czy Bill Skarsgaard. Film od samego początku rozwija narrację, że wszelkie pochwalne historię o Robin Hoodzie były kłamliwe. On był nieczułym i bezwzględnym mordercą. 






My jesteśmy na etapie jego życia, że on już ewidentnie jest zmęczony takim życiem. Przytrafia mu się śmierć współ towarzysza i trafia pod opiekę siostry Brigid (Jodie Comer). Ona  zajmuję się uzdrawianiem ludzi i o nic nie pyta. Później okaże się, że losy tej dwójki były powiązane. Ogląda się to jak historię o odkupieniu win. Można sobie tylko zadać pytanie czy Robin żałuję? Film ma powolne tempo i jest bardzo subtelny w swojej formie. Zwłaszcza w drugim i trzecim akcie. Teraz do kin weszły oblegane projekty. Spodziewam się, więc pustek na salach. Wielka szkoda, bo to bardzo solidne kino. 






Ocena: 7/10

Komentarze

Popularne posty