Rooster odc. 10 (HBO MAX)
Ostatni odcinek sezonu. Mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony fabularnie jest to mało angażujące ale Steve Carell dużo robi by chciało się oglądać ten serial dalej. Dialogi bywają naprawdę krwiste i kontrowersyjne. Zacznijmy od początku. Skupiamy się pisarzu, który przeżywa traumę po rozstaniu z żoną. Stosuję najbardziej sprawdzoną metody walki z życiowym kryzysem czyli obracanie wszystkiego w żart i dystansowanie się na każdy możliwy sposób. Tacy ludzie budzą ambiwalentne odczucia, bo nie gryzą się w język. Nie boją się konsekwencji.
Z drugiej strony ma równie rozchwianą emocjonalnie córkę. Rozstała się z mężem ale w zasadzie nadal go kocha i chcę z nim być. Spotykają się na seks ale nie są już w związku. On ma dziecko z inną kobietą. Do tego pracuję na tej samej uczelni co ona. W ostatnim odcinku sezonu dowiadujemy się jaki finał będzie miała ich małżeńska relacja. Czy to było ekscytujące? Nie da się ukryć, że to serial opierający swoją siłę na żartach sytuacyjnych i humorze drwiącym z poprawności politycznej. Takie pójście na łatwiznę. Humor, który zawsze się sprawdza to drwiny z dyskryminacji kobiet czy seksizmu męskiego.
Zabrakło ostatecznie tutaj czegoś ekstra. Gdyby nie Steve Carell to nikt by tego serialu nie chciał oglądać. Odcinki trwały ledwie pół godziny a często czuło się jakby trwały godzinę albo dłużej. Na pewno na tle Netflixowego popcornu jest to pozycja warta uwagi ale mogła być lepsza. Podobno planowany jest drugi sezon. Liczę, że zaskoczy i fabularnie coś ciekawego się wydarzy. Można się na tym dobrze bawić.
Ocena: 6/10

.jpg)

.webp)

Komentarze
Prześlij komentarz