Testament Ann Lee

 





   Po seansie dowiedziałem się, że za tym projektem stoi będąca współscenarzystką "Brutalisty" Mona Fastvold. To mieszanka gatunkowa mocno romansująca z wstrząsającym "Midsommar. W biały dzień".  Tam jednak było dużo grozy a tutaj horroru jest mało. Akcja dzieję się w połowie XVIII wieku. Skupiamy się na losach Ann, która wstępują do lokalnej sekty. Tam poznaję mężczyznę. Zachodzi w ciąże czterokrotnie i za każdym razem po roku kończy się śmiercią dziecka. Dlatego w ramach terapii po traumie przechodzi na celibat. Ślubuję czystość. Tworzy religię, w której kobieta może też uchodzić za Boga. 




Modlitwa jest tu niezwykle kreatywna, bo ujawnia się za sprawą radosnego śpiewu z dziwnymi tańcami. Tworzy społeczność, która jest jej oddana. Nie ma tutaj jednak jakiejś indoktrynacji toksycznej. Kilkoro członków nie było w stanie wytrzymać tylu lat w czystości. Muszę przyznać, że to był ciekawy pomysł walki z naszymi demonami i pragnieniami. Wydaję mi się jednak, że to bardziej film o terapii wskutek tragedii życiowej. Potrzebie wstania z kolan. 




Nie jestem fanem musicalowych produkcji ale tutaj te piosenki brzmiały naprawdę dobrze. Choreografię również robiły wrażenia. W tym aspekcie film wymiata. Aktorsko Amanda Seyfriend robi dobrą robotę w roli głównej. Problem niestety jest z tempem. Za długi jest metraż. Można na tym filmie zasnąć. Nie polecam iść do kina. Obejrzenie go na streamingu będzie lepszym pomysłem. Nie podoba mi się też brak obiektywizmu twórców. Oni opowiadają się jednoznacznie po stronie Ruchu Szejkersów. Te buntownicze działania kobiety doprowadzają do śmierci wielu członków. Rzecz jasna opresyjna władza jest tu antagonistą. Moim zdaniem wykorzystanie ludzi będących na zakręcie życiowym do leczenia osobistej traumy nie jest moralnie odpowiednie. Dla mnie cały film to niewykorzystany potencjał. 





Ocena: 6/10

Komentarze

Popularne posty