Reminders of Him: Cząstka Ciebie, którą znam
Patrząc na plakat do filmu spodziewałem się czegoś na kształt "Gwiazd naszych wina" czy "Zanim się pojawiłeś". Mam na myśli koncept opierający się na nieszczęśliwej miłości dwojga młodych i pięknych ludzi. Takich, którzy przeżyli w przeszłości jakąś tragedię. Ma to być takie fabularne urozmaicenie kliszowej romantycznej historii. Film oparty jest na powieści Colleen Hoover o tym samym tytule. Warto powiedzieć, że ta kobieta napisała też słynne "It Ends With Us". Tutaj jednak adaptacja filmowa nie jest tak spektakularna. Ponadto nie ma w tle konfliktu na linii Blake Lively- Justin Baldoni.
O czym jest zatem film? Opowiada losy kobiety, która po wyjściu z więzienia wraca do swojej rodzinnej mieściny. Na początku dowiadujemy się, że jej miłość życia zginęła. Z czasem poznajemy wydarzenia z przeszłości. Początkowy koncept wydał się ciekawy. Już na początku widz dostaję sugestię o co będzie toczyć się stawka. Nie wiem czy to spojler ale kobieta była zmuszona opuścić córkę. Poznanie jej jest główną motywacją Kenny (Maika Monroe). Zaraz po powrocie szuka pracy. Przy okazji odwiedzin w dawnej księgarni poznaję Ledgera (Tyriq Withers). Dziewczyny będą zachwycone. To taki ideał pod każdym względem. Były sportowiec traci głowę dla Kenny i toczy podwójne życie. Ledger był bliskim przyjacielem zmarłego męża Kenny. Bardzo dużo przebywa w towarzystwie rodziców zmarłego chłopaka. Dodatkowo ma zawiłą relację z córką Kenny. Nasza bohaterka niestety została pozbawiona praw rodzicielskich tak więc bez zgody dziadków dziewczynki nie może poznać swojej córki.
Byłem ciekaw co scenarzyści zrobią. Pójdą w łzawe i smutne zakończenie czy raczej dostaniemy happy end. Czytelniczki książki zapewne znają odpowiedź. Ktoś na filmwebie bardzo trafnie napisał, że twórcy tak bardzo nie chcieli niczego spieprzyć, że pozbawili swój projekt autorskości. Niestety poszli na łatwiznę. Nie zmienia to faktu, że postacie są do polubienia i ogląda się to bezboleśnie. Można też zapłakać. Kilka scen chwyta za serce. Maika Monroe jak gra wesołą dziewczynę to wychodzi jej to świetnie ale problemy się pojawiają, gdy ma zagrać scenę bardziej dramatyczną. W kilku sekwencjach ze swoim partnerem ekranowym wyłapałem dziwne i nieuzasadnione miny. Być może to wina montażystów. Myślę, że grupa docelowa tego filmu czyli młode dziewczynki i kobiety po 40-ce będą czerpać satysfakcję z tego seansu.
Ocena: 6/10

.jpg)

.webp)

Komentarze
Prześlij komentarz