Panna młoda! (The Bride!)

 




   Maggie Gyllenhaal aktorką jest sprawną. Teraz po raz drugi postanowiła stanąć za kamerą. Bardzo doceniam, że nie obsadziła samej siebie w roli głównej. Tak zrobiła przy okazji swojego pierwszego projektu czyli "Córka" (2021). Tamten film był zdecydowanie lepszy od tego, który zaserwowała nam dziś. Zaangażowała do swojego projektu prawdziwą plejadę gwiazd: Jessie Buckley (prawdopodobnie za tydzień otrzyma Oscara za rolę w "Hamnecie"), Christiana Bale'a, Penelope Cruz czy brata Jake'a. Historia skupia się Frankensteinie (Christian Bale), który zgłasza się do szalonej doktor (Annette Bening) składając jej równie odklejoną propozycję. Mianowicie chciałby zaspokoić swoje singielskie potrzeby za sprawą kobiety. Prosi ją by wskrzesiła jego przyszłą żonę. 




Początkowy koncept wydaję się intrygujący. Potwór pragnący bliskości. W końcu kobieta się zgadza i powstaję tytułowa panna młoda. Jessie Buckley dostaję pole do popisu. Ludzie ją wychwalają na prawo i lewo. Nie kocham "Hamneta" przez to jej rola nie wydaję mi się jakaś szczególnie wybitna. W "Pannie młodej" Buckley ponownie walczy z tekstem. Kobieta naprawdę nie ma szczęścia. Na każdym polu ktoś ją ogranicza. Pokazuje gamę emocji ale to do niczego wartościowego artystycznie nie prowadzi. W pewnym momencie film zmierza w kierunku "Urodzonych morderców", choć bardziej parodii niż czegoś autentycznie demonicznego. Maggie Gyllenhaal ewidentnie nienawidzi mężczyzn. Zrobiła film mocno feministyczny. Praktycznie wszystkie kobiety są tu silne. Poczynając od panny młodej, kończąc na szalonej pani doktor. Mamy też wątek dwójki śledczych. Oczywiście postać Penelope Cruz jest dyskryminowana ze względu na płeć. W rzeczywistości jest bardziej rozgarnięta od wszystkich jej kolegów z pracy razem wziętych. Nawet ten potworny Frankenstein przedstawiany tu jest jak jakaś życiowa ofiara. 




Film jest prawdziwą mieszanką gatunkową ale bez końcowej tożsamości. Nie wiemy o co chodziło reżyserce. Klimatycznie blisko Tima Burtona czy Roberta Rodrigueza ale na dłuższą metę niczego wartościowego to nie przynosi. Przypomniały mi się "Mroczne cienie" z Johnny Deppem. Tam jednak gatunkowo byliśmy uświadomieni. Nie lubię "Panny młodej!". To nawet nie jest zmarnowany potencjał, bo ja tu nie dostrzegłem zbyt wielu punktów zaczepienia. 





Ocena: 4/10

Komentarze

Popularne posty