Krzyk 7

 




   Miałem ogromne obawy przed tym seansem. Przede wszystkim ze względu na reżysera. Co prawda Kevin Williamson był scenarzystą tych pierwszych "Krzyków" z lat 90-tych ale reżysersko nie zrobił póki co furory. Ponadto z projektem pożegnała się Jenna Ortega i jej serialowa siostra Melissa Barrera. To były jednak mocne punkty poprzednich dwóch filmów. Teraz skupiamy się ponownie na Sidney Prescott (Neve Campbell), której życie wydaję się być ustabilizowane. Ma męża, dzieci. Najstarsza córką zaczyna jednak zadawać pytania dotyczące traumatycznych przeżyć mamy. Takie rany szybko się nie goją.  My jako widzowie mamy nad nią (córką) przewagę, bo wiemy co się wydarzyło. 




Każdy "Krzyk" miał dwa kulminacyjne momenty. Pierwszy: otwierająca film sekwencja (zazwyczaj mamy wstęp opierający się na quizie z wiedzy o horrorach prowadzonym przez mordercę), drugi: (finałowy twist, gdy dowiadujemy się kto mordował i jakie miał motywację). Zacznę od plusów. Podobało mi się to otwarcie. Było przepełnione czarnym humorem i licznymi drwinami z całej serii. Ponadto uważam, że duet przyjaciół Jenny Ortegi z poprzednich dwóch filmów miał znakomitą chemię. Żałuję, że tak krótkie mieli epizody. Bardzo chętnie bym zobaczył z tym duetem jakiś spin off. 




Doceniam też próbę mieszania kliszową konwencją. Było kilka zaskakujących zabiegów. Cieszę się, że jak dochodziło do konfrontacji z mordercą to ofiary walczyły a nie stały bezczynnie dając się zabić. Niestety mamy też sporo absurdów. Mam wrażenie, że założenie kostiumu ghostface'a gwarantuję nieśmiertelność a w stroju zamontowana jest kamizelka kuloodporna. Mamy na koniec taką scenę, gdzie jeden z morderców dostaje kilka kulek z pistoletu, po czym po chwili stoi bez maski jakby nic się nie wydarzyło. Oczywiście wiem, że nie należy logiki tu oczekiwać. 




Sama intryga wydawała się ciekawa ale rozwiązanie jej mocno rozczarowujące. Ten główny antagonista był jakiś nieprzekonujący. Nie kupuję jego motywacji. Jako, że twórcy chcieli być na czasie to musieli wrzucić wątek AI. Mowa tu o nagraniu, gdzie zmarły morderca sprzed lat Stu Macher (Matthew Lillard) rzekomo jednak żyję. Mamy ten dylemat grany tu dość długo. Mam wątpliwości czy to był dobry pomysł. Zapominając o tych wadach można się na tym dobrze bawić. Ja się nie nudziłem.





Ocena: 6/10

Komentarze

Popularne posty