WIelki Marty (Marty Supreme)

 





   Główny bohater od samego początku robi absolutnie wszystko byśmy go uznali za buca, narcyza i totalnego odklejeńca. On jest przeświadczony o swojej wielkości. W jego słowniku nie ma takich słów jak: kompleksy czy porażka. To ostatnie jest wpisane w sport a on uprawia tenis stołowy. Film rozpoczyna sekwencja, w której widzimy bohatera pracującego w sklepie z butami. Znakomity z niego sprzedawca i gość od nawijania makaronu na oczy. Choć paradoksalnie ludzie, którzy się z nim stykają potem są równie chytrzy i przebiegli by nie powiedzieć bardziej bezwzględni. Mamy tutaj kilka szokujących sekwencji. Za nic nie pasujących do historii o wielkim sportowcu.





 Nie bez znaczenia jest też fakt, że Marty jest Żydem. W jednej z rozmów się tym chwali. To nie jest gość, którego ktokolwiek z Was polubi. Nawet jego znajomi go nienawidzą. A niewielu ich pozostało. Ma romans z mężatką. Okazuję się, że zachodzi w ciąży ale ten wątek jest na trzecim planie i wybrzmiewa dopiero na koniec filmu i w ostatniej scenie. W tego typu historiach zazwyczaj ten pyszałkowaty bohater dostaję lekcję pokory i ona odmienia jego życie. Tutaj niby taka lekcja pokory następuję ale u głównego bohatera refleksja jest narzędziem do uzyskania kolejnej korzyści. W roli głównej Timothee Chalamet. Wiele osób wróży mu Oscara. Ja bym nie ośmielił się przesądzać. Choć bez wątpienia jest to jedna z jego najlepszych ról. To taka rola napisana pod zdobycie Oscara. Bohater wyrazisty, bezkompromisowy nie szanujący jakichkolwiek autorytetów. Nawet podejście do matki jest negatywne. Typowa żydowska rodzina. 





Mam mały problem z tym filmem. Dostrzegam w nim sporo kreatywności i oryginalności ale jakby spojrzeć tak chłodnym okiem to jest to fabularna pustka z brakiem konkretów. Film trwa ponad dwie godziny a ja już po trzydziestu minutach przysypiałem. Mecze pingponga były pokazane bardzo solidnie. Może nie działały tak na wyobraźnie jak mecze tenisowe w "Challangers" Guadagnino albo "F1:Film" ale nie wypadły karykaturalnie. Nie jest to wbrew pozorom film sportowy. Raczej taka mieszanka "Wilka z Wall Street" i "Wszystko wszędzie naraz". Zwłaszcza jeżeli chodzi o dynamikę akcji, Bardzo podobna była w niedawnym filmie "Paula Thomasa Andersona "Jedna bitwa po drugiej". Film ma bardzo pozytywne recenzję. Nie wiem skąd pomysł by tak długo przed premierą dawać seanse przedpremierowe ale z tego co widziałem cieszyły się znacznie większym zainteresowaniem niż "Dziki" Macieja Kawulskiego. Polska premiera przewidziana jest na 30 stycznia. 






Ocena: 7,5 /10

Komentarze

Popularne posty