Tron: Ares
Nie miałem pojęcia na co idę. Jedynie coś słyszałem, że były jakieś poprzednie części. Nie jestem fanem sci fi i Disneya także szedłem jak na ścięcie. Po raz kolejny mamy jakieś komputerowe eksperymenty a mnie za cholerę mnie to nie interesuję. Oczywiście wizualnie widać ogromny budżet. Mamy kilka perełek w tej sferze. W filmie pada bardzo mało słów. Fabuła jakby była tłem do zaimponowania za sprawą ścieżki dźwiękowej i efektów specjalnych.
W roli głównej otrzymujemy Jareda Leto. Widzę go w kolejnym wysokobudżetowym filmie i zaczynam mieć coraz większe wątpliwości czy on jest dobrym warsztatowo aktorem. Tutaj natomiast ma cały film jedną minę, bo gra robota, który jest eksperymentalny. Żyję 29 minut a potem po chwili umiera. Ma za zadanie wykraść z konkurencyjnej firmy dane mające go unowocześnić. Celem jest Azjatka pracująca dla konkurencji. Zostaję schwytana po czym mówi mu kilka ładnych słówek a on nagle odnajduję w sobie wątpliwości i staję po jej stronie. Potem już walczą z szefem firmy, w której tytułowy Ares powstał. W tej roli Evan Peters. Możecie go kojarzyć z "Dahmera" czy serii "American Horror Story". Tutaj po raz pierwszy jakby grał kogoś normalnie wyglądającego. Do tej pory kojarzył się z bardzo barwnymi i charakterystycznymi postaciami a tutaj jest totalnie jednowymiarowy. Taki trochę Lex Luthur tylko bardziej pokraczny.
Film zbiera pochwały za sprawą ścieżki dźwiękowej. Moim zdaniem muzyka jest jednocześnie atutem jak i wadą. Te rytmy towarzyszą nam cały czas, bo tyle mamy scen akcji. Czułem się jakbym siedział dwie godziny w jakimś nocnym klubie z muzyką elektroniczną. Jak ktoś lubi takie klimaty to zapewne będzie czerpał radość z takiej konwencji. Oczywiście nie ma tu mowy o żadnym moim emocjonalnym zaangażowaniu. Nie ma postaci ani jednej, która byłaby rozbudowana jakkolwiek. Plusem jest to, że film jest dynamiczny, nie ma dłużyzn i jakoś dało się ten seans przeżyć w miarę bezboleśnie. Większą męką był "Chopin, Chopin!"
Ocena: 5/10





Komentarze
Prześlij komentarz