Springsteen: Ocal mnie od nicości

 




  Bruce Springsteen nie jest mi obcy. W dzieciństwie jego piosenki przewijały mi się. Słysząc niedawno, że planowany jest film o nim, nie czułem ekscytacji. Nie twierdzę, że nie zasłużył na niego ale po prostu mało jest filmowców, którzy potrafią oryginalnie przedstawić życiorys wielkiego artysty. Tutaj w roli głównej dostajemy Jeremy Allena White'a. Nie powiem by był to zły wybór. Mam co prawda trochę zarzutów do jego poprzednich ról. Nawet do tej w "The Bear" ale tutaj widać, że się stara i mu zależy by być najbardziej wiarygodnym. Nawet zmienił ton głosu i robił dziwne ruchy ciała. Nie jest może tak doskonały jak Timothy Chalamet w "Kompletnie nieznanym" ale ta rola na plus. 




Tutaj rozpoczynamy historię od sceny z dzieciństwa. Mocna artyleria na początek. Nie bez powodu zostało to zrobione, bo potem przenosimy się jakieś dwadzieścia lat później, gdy Bruce jest już dorosły i może stwierdzić, ze jest już gwiazdą. Choć twórcy nie dali nam tego poczuć. To jest film mocno skoncentrowany na psychice głównego bohatera. Sposób wychowania jaki zafundował mu ojciec mocno na niego wpłynął. Co ciekawe w roli ojca Bruce'a dostajemy Stephena Grahama. Tego samego, który był rodzicielem morderczego chłopca z "Dojrzewania". Bardzo to ciekawe, bo tam grał ojca, który czuł, że zawiódł ale nie można jednoznacznie obwinić go za czyny syna. Tutaj natomiast syn odniósł sukces ale sposób wychowania ojca nie był doskonały i on uchodził tu za jednoznaczny czarny charakter. 




Bruce jest samotnikiem. Non stop widzimy go samotnie przechadzającego się samochodem. Pojawia się iskierka w postaci kobiety, ale twórcy potraktowali ten wątek drugoplanowo. Miał on znaczenie w kontekście problemów depresyjnych z jakimi zmagał się Springsteen ale nie wybrzmiał tak byśmy na końcu mieli płakać nad tym co się wydarzyło albo mogło wydarzyć. Warto podkreślić, że mamy tu niezwykle interesujący wątek za sprawą Jeremy Stronga. Ten gość, który zachwycił swoimi kreacjami w "Sukcesji" czy "Wybrańcu" tym razem gra człowieka biznesu ale takiego z dobrym sercem. Można nazwać go prawdziwym przyjacielem. Objawia się to w momencie, gdy mając w ręku wielki przebój "Born in the U.S.A" on staję po stronie Bruce'a, który woli dać wytwórni znacznie bardziej szczery i depresyjny rytm.  Jon (Jeremy Strong) gadając z górą staję po stronie przyjaciela i uparcie jest z nim w tej walce. Nie da się ukryć, ze on jest tu takim głosem rozsądku i najbardziej pozytywną postacią. 




Zrozumiem ludzi, którzy po seansie nie polubią głównego bohatera. Pomyślą sobie, gość jest sławny, całe życie przed nim a on ciągle siedzi w pokoju z gitarą w ręku i coś tam tworzy. Nie wiem jaka była cała kariera Springsteena ale tu nie ma wzmianki by mu coś odwaliło po tej sławie. Widać, że twórcy chcieli skupić się głównie na tym wątku depresji. Można go krytykować ale ja całościowo film polecam, bo ma niesamowity klimat i wizualnie również jest świetny. Było kilka zjawiskowych ujęć. Podejrzewam jednak, ze nie zrobi furory w polskich kinach....



Ocena: 8/10

Komentarze

Popularne posty