Kobieta z kabiny dziesiątej (Netflix)
Keira Knightley ponownie na Netflixie. Poprzednio zagrała w propagandowym filmie szpiegowskim a teraz thriller psychologiczny co do, którego również można mieć szereg podejrzeń. Gra tutaj dziennikarkę śledczą, która jedzie na jacht z szeregiem bogaczy. Zapachniało serią "Na norze". Tam dochodzi do niepokojących zjawisk. Ci ludzie starają się zrobić z niej wariatkę. Stary zabieg. Kobieta jakiś czas temu przeżyła śmierć znajomej. W zasadzie trudno jasno stwierdzić kim ona dla niej była. Stary pomysł z tym, żeby postawić widza przed dylematem czy nasz główny bohater jest wariatem czy ofiarą spisku.
Takie zabiegi mieliśmy choćby w filmie Martina Scorsese "Wyspa tajemnic". Tam grał Leonardo Di Caprio. Tutaj również mamy mocarną obsadę. Choćby nominowanego do Oscara za "Brutalistę" Guy'a Pierce'a. Film zaczął się nawet intrygująco ale potem stał nudnawy i mało angażująca była ta fabuła. Około pół godziny przed końcem otrzymujemy twist, który w zasadzie zamyka całą historię i już było oczywiste, w którym kierunku to wszystko podąży. Oczywiście krok po kroku co typowałem się sprawdziło. Keira Knightley stara się ale walczy z tekstem. Aktorzy nie są problemem ale brak oryginalności i świeżości.
Nie mówiąc już o tym, że w powietrzu czuć było Netflixową poprawność polityczną. Dużo czarnoskórych, podobno było to oparte na jakiejś powieści. Czytałem, że fotograf, który rzekomo był w jakiejś miłosnej relacji z nią wcale nie był czarnoskóry jak w filmie. Ponadto na koniec mamy scenę, gdy przez Skype'a czy coś w tym stylu kobieta rozmawia z jakąś inną kobietą a w tle bawi się dziecko. Oczywiście możliwe, że to była siostra ale mogła też to być jej partnerka. Mogli tak to zrobić cichaczem by nikt potem się nie czepiał, ze chamsko robią propagandę. Wolałbym by tej sceny nie było. Film trwa półtorej godziny także obejrzenie go nie będzie katorgą ale po co tracić czas?
Ocena: 5/10





Komentarze
Prześlij komentarz