Syreny (Netflix)

 



 To jeden z najbardziej pokręconych seriali jaki widziałem od lat. Zapowiadał się niezwykle sztampowo. Skupiamy się na losach Simone, która jest kimś na kształt asystentki w ogromnej rezydencji, gdzie przewodzi Julianne Moore. To siedziba sekty. Dziewczyna ma ukryty romans i generalnie wiedzie szczęśliwe życie. Nagle pojawia się jej dawno nie widziana siostra i nie zamierza jej odpuścić. Zachowuję się w sposób niestosowny i tym samym robi sobie wroga z szefowej Simone. 






   Wydawać by się mogło, że film skupi się na śledztwie mającym obnażyć psychopatyczne ciągotki postaci Moore, ale nie jest tak wcale. Film skręca w mega absurdalnym kierunku. Staję się satyrą, a w międzyczasie stara się przemycić dramatyczne wątki z siostrzanej relacji. Ponadto pojawia się mąż szefowej. W tej roli znakomity Kevin Bacon. On wyjechał i jest podejrzewany przez nią o romans. Tymczasem mężczyzna zaczyna wchodzić w coraz bliższą relację z Simone. To brzmi odrażająco, bo w rolę jej wciela się Milly Alcock. Możecie ją kojarzyć z pierwszych czterech odcinków "Rodu Smoka". Pamiętam, że ona była najjaśniejszym punktem tamtego serialu. Nie zmienia to faktu, że ona ma podobny problem jak Jenna Ortega. Wygląda jak dziecko, a w rzeczywistości ma bodaj 21 lat. To podchodzi wręcz o pedofilię i jest niesmaczne. 




Ten serial to fabularna sieczka, ale to naprawdę sprawiać może frajdę. Ci aktorzy cisną mocno i są w tym świetni. Myślę, że znajdzie on swoich fanów, bo ma swój urok i nie jest kopią czegoś co widzieliśmy już setki razy. Próbuję być inny. Problemem jest niestety brak napięcia i emocjonalna pustka. Nie bardzo wiedziałem czy powinienem płakać czy się śmiać...




Ocena: 6,5/10

Komentarze

Popularne posty