Paradise odc. 5-8 (Disney+)
Ten wpis będzie bardziej podsumowaniem całego serialu niż spojlerami dotyczącymi ostatnich odcinków. Początkowy koncept o morderstwie prezydenta USA w Białym Domu był interesujący. Wiadomym było. że któryś z pracowników musiał się tego dopuścić. Zapewne każdy myślał, że serial pójdzie prostym torem śledztwa. Twórcy jednak mocno zaryzykowali wchodząc w konwencję "Silos" czy "Mrocznej materii". Mowa o jakimś alternatywnym świecie.
W roli tego prezydenta dostajemy Jamesa Marsdena. To taki wyluzowany prezydent, który został nim za sprawą swojego ojca, który mocno go cisnął i został nim trochę wbrew swoim chęcią. Przez całe życie chciał dorównać rodzicielowi. Widzieliśmy to już setki albo i miliardy razy. Na drugim polu mamy naszego czarnoskórego ochroniarza, który ma być tym świętym. Na początku poznajemy go jako samotnego ojca dwójki dzieci. Z czasem dostajemy kulisy rzekomej śmierci jego żony. Mamy też kobietę, na którą mówią Sinatra. Ona od początku jawi się jako czyste zło. Z czasem okaże się zdetronizowana za sprawą większego.
Ten serial mocno naznaczony jest muzyczne. Hymnem jego jest piosenka Phila Collinsa "Another Day in Paradise". Puszczana jest tu w różnych aranżacja. Każdy zna te muzę, także ten pomysł wydaję się być w porządku. Niestety serial ginie od własnej broni. Chcę być innowacyjny a staję się czymś zmierzającym w stronę ostatnich sezonów serialu "Lost". Można się pogubić w całej tej historii. Do tego ostatni odcinek zamiast być udaną puentą jest najgorszym epizodem całego sezonu. Tak naprawdę mordercy nikt nie demaskuję. On sam musi wywołać się do tablicy. To trochę wyglądało jakby twórcy sobie przypomnieli, że trzeba ujawnić tego zbrodniarza by serial jakkolwiek się spinał. Dużym problemem jest też główny bohater. Totalnie nijaki i nudny. Kto by mu chciał kibicować? Kolejny zmarnowany potencjał. Zakończenie sugeruję, że możemy się doczekać drugiego sezonu. Pytanie tylko czy ktoś będzie chciał to oglądać?
Ocena: 6/10
.webp)

.jpg)


Komentarze
Prześlij komentarz