Po złej stronie torów sezon 4 (Netflix)




 Mało jest rzeczy na Netflixie, które sprawiają mi frajdę. Tak, że oglądam i czerpię z tego przyjemność. Wyjątki czasem się zdarzają. To właśnie ten hiszpański serial. To mieszanka dramatu, komedii i kina gangsterskiego. W maleńkiej mieścinie mieszka stary mężczyzna, który narzeka na wszystko i wszystkich. Jedynym co sprawia mu frajdę jest obgadywanie ludzi z dwoma kumplami. Cała trójka była w wojsku. 





 Mężczyzna dowiaduję się, że ma wnuczkę o azjatyckich rysach twarzy. To rzecz jasna jest dla niego wielkim problem. To naprawdę okropna postać, ale filmowo czy serialowo idealna. To samograj. Każda scena, gdy jest sobą to złoto. Serial właśnie w elementach komediowych wypada najlepiej. Wtedy, gdy stara się być poważny i mega dramatyczny to pachnie lekką żenadą. Czwarty sezon to już przekroczenie granicy. On jest finałowy i ja bardzo żałuję. Nie zmienia to faktu, że stopień absurdu był tu tak duży, że trudno się nie roześmiać. Mam jednak wrażenie, że to świadome działania. Był taki moment, że na jedną bohaterkę spada tyle nieszczęść, że normalny człowiek skoczyłby po tym z mostu, a ona przetrwała.




Innym mocnym punktem jest ekscentryczny śledczy, który jest jeszcze gorszy od głównego bohatera. To jedna z największych kanalii jaką można sobie wyobrazić, ale miewa momenty człowieczeństwa i jest zabawny. Co sprawia, że każda z nim scena to złoto. Właśnie to postacie są najmocniejszym punktem tego projektu. One sprawiają, że oglądanie czterech sezonów sprawia frajdę. Jeżeli Netflix fundowałby taki rodzaj rozrywki to byłbym ostatnim do hejtowania go, ale niestety jedna jaskółka wiosny nie czyni.


Ocena: 6/10

Komentarze

Popularne posty