Nosferatu

 



   Niedawno mieliśmy pokazy przedpremierowe tego filmy ale niestety nie byłem w stanie się wybrać. Od dziś mamy premierę kinową także poszedłem i mogę co nieco powiedzieć. Na pewno ogromnym plusem jest umiejętne budowanie klimatu przez Eggers, mimo, że to historia sztampowa i nieodkrywająca niczego nowego. W dużej mierze oparta na zmorze, w której roli widzimy Billa Skarsgarda. Kto by się spodziewał, ze gość, który zawsze gra złych ludzi wcieli w kolejną taką postać. Nie ukrywam, że nie jestem zwolennikiem takich oczywistych wyborów. Można było wymyślić kogoś innego. Choćby ma to miejsce w roli głównej. Widzimy w niej Lily Rose-Depp, która do tej pory ze zmiennym szczęściem pojawiała się na dużym czy małym ekranie. Wystarczy sobie przypomnieć ten nieszczęsny serial dla MAx czyli "Idol". Eggers mógł pójść na łatwiznę i wybrać jakąś Emmę Stone.





 Nie ukrywam, że od początku miałem problem z nią. Każda scena z jej udziałem wydała mi się irytująca i usypiająca. Jednowymiarowość od niej biła.  Dopiero potem, gdy musiała pokazać szeroką gamę emocji to coraz bardziej przekonywałem się do niej i widać, że te pozytywne geny aktorskie ojca są zauważalne. Ona gra tu kobietę, która w przeszłości oddała się demonowi. którym jest hrabia Orlok. Po latach nasz główny złol próbuję ponownie dotrzeć do swojej "ukochanej". W tym celu mąż (Nicholas Hoult) udaję się w podróż służbową do domu Orloka w okolice Bratysławy. Tutaj mamy pierwszą kliszę. Tam dostajemy mocną scenę, z którą mam problem, bo ona ociera się na końcu o parodię i zacząłem się zastanawiać czy Eggers nie pójdzie w stronę pastiszu. Ten pomysł kilka scen później już sobie odpuściłem, bo było bardzo na poważnie. 





Niby jest tu kontrowersyjnie i znajdą się sekwencję, które mogą największych wrażliwców wystraszyć, ale mam wrażenie, że to taka wersja lajt. Sami wiecie, że nie lubię długich filmów, ale tutaj projekt zyskałby znacznie bardziej gdyby był dłuższy. W połowie filmu miałem wrażenie jakby fabuła zaczęła pędzić jak pendolino i tym samym totalnie zgubiłem zaangażowanie postaciami. Choć nie powiem bym był jakoś emocjonalnie szczególnie wkręcony. Nie kibicowałem nikomu. 





Mamy też w obsadzie Williama Dafoe i on rzecz jasna jest najjaśniejszym punktem filmu. Gra tu Van Helsinga ale takiego mocno szalonego. Takiego pasującego do filmów Tima Burtona. Zapomniałem wspomnieć, że nie jestem fanem filmów Roberta Eggersa, bo mam wrażenie, że one na siłę chcą mieć status arcydzieł. Widać to było zwłaszcza w bardzo nieudanym "Wikingu"(2022) czy "Lighthouse"(2019). Ewidentnie lubi kino historyczne ociekające gotykiem, stylistyką kostiumową. Czyli wszystko to co mnie odrzuca. Uważam jednak, że to najbardziej oglądalne jego dzieło w dotychczasowej karierze. Polecam iść do kina.





Ocena: 7/10

Komentarze

Popularne posty