Bridget Jones: Szalejąc za facetem

 




  Stosunkowo cicho jest wokół tego powrotu, czyżby pewna formuła się wyczerpała? Idąc do kina nie miałem żadnych oczekiwań, ale z drugiej strony byłem ciekaw co oni wymyślą i w jakim kierunku pójdą. Czy będą wyciskać te starą cytrynę licząc na jakieś resztki czy wymyślą coś nowego. Powiedziałbym, że prawda leży po środku. Z jednej strony jesteśmy bombardowani żartami słownymi, z drugiej mamy też wątki dramatyczne. Co ciekawe te drugie wyszły im bardzo dobrze i moim zdaniem film najlepiej się prezentuję, gdy jest na serio. Tutaj jednak pojawia się drobny problem. Ten film to sinusoida. Setki żartów, po czym wchodzi mega smutna scena. Taka, po której łezka może się zakręcić. To trochę wybija z rytmu.




Jesteśmy na etapie gdy Bridget jest wdową, bo jej mąż Mark zginął tragicznie na misji pokojowej. Mogę zdradzić, że dwukrotnie na chwilę Colin Firth się pojawia. Byłem też ciekaw przed seansem czy w filmie zobaczymy ponownie Hugh Granta. Na całe szczęście się pojawia, choć tylko w kilku scenach. Każda jest mega zabawna. Generalnie drugi plan jest znakomity. Dodając do tego Emmę Thompson z jej wyrazistością od ucha do ucha. Właśnie humor najlepszy jest, gdy dotyczy postaci drugoplanowych. Trochę żałuję, że nie dostaliśmy więcej Hugh Granta. Napisałem już chyba z dwadzieścia zdań a nie wspomniałem o prawdziwej królowej tego projektu czyli Renee Zellweger. Zapewne znajdą się hejterzy, którzy będą drwili z jej twarzy i tego jak przesadziła z operacjami plastycznymi ale nie można jej zarzucić braku talentu komediowego. To postać do polubienia za sprawą swoich dziwactw i zachowań bardzo dziecinnych. Bardzo mocnym punktem filmu są też dzieci Bridget. Naprawdę kawał serducha od nich dostajemy.




 To taki projekt, który mocno bazuję na sentymencie widza. Co więcej na koniec dostajemy scenę w scenerii bardzo charakterystycznej, którą możecie kojarzyć z pierwszej części, gdy jedna z postaci lekko ubrana podąża przy padającym śniegu w stronę swojego ukochanego by wyznać mu uczucie. Nie wierzę, że to był przypadek. Dostajemy tutaj dwójkę adoratorów, ale tym razem nie ma między nimi żadnej złej krwi. Jeden to Leo Woodall. Typowy młody podrywacz, a drugi to stateczny i poważny nauczyciel. Postać do polubienia, bo ten pierwszy to widać, że niedojrzały emocjonalnie. Mam jednak wrażenie, że ten film bardziej niż o miłości jest o radzeniu sobie z traumą po utracie bliskiej osoby. Uważam, że to był znakomity pomysł scenarzystów. Myślę, że z czystym sumieniem mogę polecać każdemu wizytę w kinie. 





Ocena: 7/10

Komentarze

Popularne posty