Sztuka pięknego życia
Mam ogromny problem z tym filmem. Początkowe 30 minut to ogromne cierpienie dla mnie. Nudziłem się niemiłosiernie, już nie pamiętam ile razy spojrzałem na zegarek. Miałem chyba dziesięć razy myśl by wyjść z seansu i olać ten szajs. Zostałem, bo uznałem, że skoro mamy na ekranie Florence Pugh to bardzo prawdopodobne, że film się w końcu rozkręci.
Przez pierwsze pół filmu bardzo mnie irytował Andrew Garfield i jego sceny z Florence. Były bardzo nijakie i bez życia. Nie wierzyłem w ich miłość. My zaczynamy historię w momencie, gdy są już w związku i mają dziecko. Odkrywają, że kobieta jest chora na raka i zostało jej ponad pół roku życia. Ma się poddać chemioterapii. Film jednak wraca do przeszłości i poznajemy losy ich związku od początku. Nienawidzę takich zabiegów. To uważam za minus, bo zabija dramaturgię. Przez cały seans wisiało w tej fabule coś w powietrzu. Czekałem aż w końcu te prawdziwe emocję się pojawiają. Doświadczamy ich na koniec i na pewno to podziałało na korzyść, ale to nie zmienia szeregu fatalnie napisanych dialogów i konwencji melodramatycznej, która w kilku momentach była mega irytująca.
Dla mnie Florence Pugh jest najciekawszą postacią w całym filmie i to ona kradnie dla siebie każdą scenę, natomiast Garfield gra dobrze ale nie kupuję jego postaci. Przez moment miałem wrażenie, że on gra w jakiejś parodii, a przecież to smutny film o kobiecie śmiertelnie chorej. Zabrakło mi tu trochę znaczenia drugiego planu i większej roli córki. Gdybyśmy zobaczyli relację całej trójki to ta dramatyczna historia lepiej by wybrzmiała. To taki film zrobiony pod Oscary by zmiękły serca decydentów i by ludzie płakali w kinie ze wzruszenia. Do tego dwa duże nazwiska w obsadzie. Co mogło nie wypalić? Ja nie jestem zachwycony tym seansem.
Ocena: 6/10





Komentarze
Prześlij komentarz