Kompletnie nieznany

 



Timothee Chalamet jako Bob Dylan. Z wielkimi obawami wybierałem się na ten seans. Po pierwsze ze względu na mój mało entuzjastyczny stosunek do aktora, a po drugie: nie cierpię filmów opartych na historii prawdziwych postaci. Nawet jeżeli to nie jest na faktach to będąc w tej konwencji ma się związane ręce fabularnie. To jeden z tych filmów, który rzuca na ekran setki wątków i większość z nich naprawdę zapowiadała się interesująco. Choćby wpływ wytwórni muzycznej na repertuar Dylana. On tutaj wychodzi na totalnego autsajdera. Gościa, który kocha komponować i grać na gitarze. W większości to są ballady i wpadają w ucho. 




Niestety przesyt muzyki jest największym problemem. Słuchając po raz setny podobnego typu piosenki może cię szlag trafić. Zacząłem się w pewnym momencie nudzić, bo tu jest więcej śpiewania niż gadania. Wrzucony jest wątek relacji damsko-męskich, Myślałem, że może pójdą w kierunku romansidła, ale niestety w żadnym kierunku nie podążyli. Mam wrażenie, że ten film powstał dla Timothee by mógł dostać nominację Oscarową i by w końcu ludzie zaczęli go postrzegać jako dobrego aktora a nie gościa, który gra jedną miną. Tutaj na pewno błyszczy. Ma bardzo specyficzny akcent i minę totalnie zobojętniałą. Wchodzi w relację z dwoma kobietami. Z jednej strony partnerka na stałe czyli Elle Fanning a z drugiej piosenkarka (zjawiskowo piękna), z którą łączy ich miłość do muzyki. 





Mamy też na drugim planie Edwarda Nortona. Postać, która wprowadza Dylana do dużego świata. Bardzo przyzwoita rola. Szkoda, że nie skupiono się na ich relacji. Tak naprawdę wiele jest tu wątków, które można by rozwinąć. Na dobrą sprawę trudno stwierdzić o czym jest to film. Na pewno nie o miłości do kobiety. Prędzej do uczucia względem muzyki. Podejrzewam, że takie było założenie twórców. Nie udało się, bo jestem zmęczony już tymi piosenkami.






Ocena: 6/10

Komentarze

Popularne posty