Lee. Na własne oczy
Kate Winslet powraca na duży ekran. Mamy film oparty na historii prawdziwej postaci. Mianowicie Lee Miller byłej modelce, która zostaje korespondentką wojenną dla magazynu "Vogue". Kate Winslet jest w swojej roli znakomita ale niestety walczy tutaj trochę ze scenariuszem i przegrywa. Początek nawet zapowiadał się nieźle. Frywolna młoda kobieta poznaję na spotkaniu ze znajomymi mężczyznę i między nimi zaiskrzyło. Przeprowadzają się razem do Londynu i żyją sobie szczęśliwie, ale kobietę mocno ciągnie na front by zdawać fotorelację do gazety, ale jest dyskryminowana ze względu na płeć. Niestety od tego właśnie momentu film w moich oczach umiera, bo nie do końca wie czym chcę być. Czy ma być filmem stricte wojennym czy walką o równouprawnienie czy lovestory. Wątek mężczyzny umarł na długo i wraca na koniec.
Warto zaznaczyć, że mamy tu dwie czasoprzestrzenie. Moment, gdy nasza bohaterka jest młoda i gdy udziela wywiadu dziennikarzowi. Patrząc całościowo zapewne twórcy chcieli zrobić z tego dramat wojenny ale chcieli uciec od taniego epatowania scenami mordów. Niestety trochę zabrakło tu brutalności i dosadności. Tu się tylko gada o zbrodniach ludzi Hitlera a nie je pokazuję. Do tego w późniejszej fazie filmu twórcy jakby przypomnieli sobie, że to ma być smutny film i pokazują smutne oczy dziewczynki i to zrobiło ogromne wrażenie na Lee. Niestety chyba tylko na niej, bo ta scena nie miała żadnej podbudowy i nie wiem czemu nam miało być smutno.
Wrzucane są też wątki znajomych naszej bohaterki ale my ich widzieliśmy jedynie w jednej scenie, czemu nam ma być ich żal? Skąd mamy wiedzieć jacy to ludzie? Żal mi Kate Winslet bo jakby scenariusz był lepiej napisany i skupił się na jednym wątku a nie tak skakał to miałaby szansę nawet na nominację Oscarową, bo to znakomita jej rola.
Ocena: 6/10
.jpg)




Komentarze
Prześlij komentarz