Bokser (Netflix)
Dzisiaj rano widziałem, że na Netflixa ma trafić film o powyższym tytule. Za kamerą Mitja Okorn czyli słoweński reżyser, który zbudował w naszym kraju komedię romantyczne tak by były zjadliwe. Uczynił to za sprawą "Planety Singli". Trzeba jednak zaznaczyć, że nie zrobił sequeli. W dużej mierze jego osoba przyciągnęła mnie do tego projektu, ponieważ widząc już samą okładkę wiedziałem o czym będzie to film i jakimi kliszami będzie epatował. Po seansie mogę powiedzieć, że się nie pomyliłem, ale o tym później.
Uruchomiając film czytam na pierwszych napisał kto jest producentem tego działa. Złapałem się za głowę i sobie pomyślałem: masz jeszcze możliwość wycofania się!!! Nie wiem czy wiecie kogo mogę mieć na myśli ale powiem: Maciej Kawulski. Do tego sprawdziłem, ze zdjęcia ponownie robisz Bartosz Cierlica. Gość, który fotografował te fatalne "365 dni" czy "Heaven in hell". Oczywiście ja nie odmawiam mu fachowości, bo akurat ten aspekt w tym dziełach nie był największym problemem. Bardziej chodzi o to kto jest w tym projekcie prawdziwym bossem. Spojrzałem też na montażystę z obawą, że to Kawulski, ale to był ktoś inny. Nie zmienia to faktu, ze pierwsza połowa wyglądała tak jakby za montaż odpowiadał Kawulski i generalnie wyglądało to na jego projekt. Mamy narratora w postaci głównego bohatera tak samo jak miało to miejsce w filmie "Jak zostałem gangsterem".
Po połowie jednak wyglądało jakby do głosu doszedł Mitja Okorn. Pojawiły się jakieś emocję i sceny nagle stały się dłuższe a nie takie teledyskowe. Co do fabuły to mamy do czynienia z kinem sportowym, choć podkreślane są tu wątki emigracji i komunizmu ale one są tak przedstawione, że nie trafiają. Generalnie ten film wygląda jakby maczało w nim palce sporo ludzi i jakoś nie byli w stanie skleić tego w przekonujący i ciekawy sposób. To taka typowa propozycja pod stereotypowego widza Netflixa. Ma być prosto, nie wymagająco intelektualnie, by chwytało za serce. Był jeden moment, w którym mnie zamurowało i pomyślałem sobie WOW, nareszcie coś się zaskakującego wydarzyło i zostało to zagrane bardzo dobrze. Generalnie nie można mieć pretensji do obsady. Eryk Kulm ma ostatnio swoje pięć minut i trzeba przyznać, że podołał. Mamy tu sporo znanych nazwisk. Lubos, Woronowicz czy Żurawski. Kawulski oczywiście nie mógł się powstrzymać by podobnie jak w przypadku "Akademii Pana Kleksa" nie umieścić swojego krzykacza z KSW. Naprawdę ciekaw jestem jak wyglądała współpraca artystyczna między Kawulskim a Okornem, bo myślę, że ten pierwszy już wpadł w taką megalomanię, że chcę wszystko w filmie robić sam. Za dużo w tym tekście pada nazwiska na "K" ale ja naprawdę znam jego twórczość i wiem z jakich zabieg słynie i jak potrafi medialnie i PR-owo z łatwością nas wydymać. Nie będę nikomu odradzał tego seansu ale jak lubicie historię typu "Rocky" tylko słabiej zrobione to zachęcam do seansu.
Ocena: 5/10






Komentarze
Prześlij komentarz