Gliniarz z Beverly Hills 4 : Axel F (Netflix)
Lubiłem Eddiego Murphy. Był uroczy, charyzmatyczny, zabawny. W zasadzie jest, bo przecież żyję, ale jego czas dawno przeminął. Teraz postanowiono go odkurzyć robiąc ukłon dla fanów "Gliniarza z Beverly Hills". Pamiętam, że jak byłem dzieckiem to lubiłem te serie. Dzisiaj z całą pewnością uznałbym ją za tanią rozrywkę pod publiczkę. Podejrzewam, że przychylne opinię, które przeważają w tym przypadku wynikają z nisko wywieszonej poprzeczki oczekiwań, no bo co twórcy mieli zrobić w tej czwartej części? Zagrali tym za co ludzie kochali te serię, czyli dużo głównego bohatera i w zasadzie nic ponadto.
Nietrudno się domyślić, że najsłabszym punktem projektu jest fabuła. Ja osobiście nie mam żadnych emocji po tym seansie. Jedynie jestem rozczarowany, że twórcy mając w obsadzie Kevina Bacona tak zmarnowali ten potencjał. Powinno go być znacznie więcej, a tak pojawia się zaledwie w drugiej części filmu. Mamy tu historię, że nasz ekscentryczny bohater pomaga swojej córce w złapaniu sprawców przekrętu. Ona jest prawniczką i broni pewnego gangstera, który został wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił. Jak widzicie nie ma tu nic odkrywczego. Widzieliście to już sto tysięcy razy.
Jedyna rzecz, która odróżnia ten film od innych to osoba Eddiego Murphy'ego. Nie da się ukryć, że aktor wygląda tu doskonale, jakby się nie postarzał choćby o jeden dzień, a jak wiadomo dziś ma już 63 lata. Casuc Toma Cruise'a się kłania, ale nie można tego porównywać do Mission Impossible czy Top Gun, Te dwie produkcję są nieporównywalnie lepsze od sequela "Gliniarza...". To jest niezła rozrywka. Taka typowo Netflixowa ale wyjątkowo ze smakiem i masą wspomnieć dla tych starszych.
Ocena: 6/10





Komentarze
Prześlij komentarz