Perfect Days
Nie wiem czy pamiętacie taki film jak "Paterson" (2016). To było jedno z moich największych cierpień przy okazji kina artystycznego. Obserwowaliśmy monotonię życia głównego bohatera. Żadnych wydarzeń i zwrotów akcji. Miałem obawę, że "Perfect Days" będzie podobne. Na całe szczęście mamy tu kilka ciekawych momentów i zdarzeń.
Skupiamy się na samotniku, który zajmuję się sprzątaniem toalet w mieście (Tokio). Nie wiem jakim narodem jest Japonia, ale podejrzewam, że ludzie są bardziej życzliwi niż my Polacy. Ten nasz bohater jest miły i do tego cichy. Przez cały film nie wypowiada zbyt wielu słów. Pasjonuję go natura, ksiązki i stare kasety magnetofonowe. Za każdym razem, gdy jakiś młody człowiek go spotyka to nie ma pojęcia co to w ogóle jest. Najlepsza jest rozmowa naszego bohatera z nastolatką, gdy ona pyta go czy znajdzie te piosenki na Spotify? On zaskoczony pyta: A gdzie znajdę ten sklep? To człowiek starej daty, który żyję we własnym świecie. Nawet padają tu takie filozoficzne mądrości o jego wyobcowaniu.
Sam film jest bardzo nierówny. Są momenty wybitności jak choćby ostatnia scena, która jest znakomitą klamrą całej historii, ale sporo jest tu sekwencji, które w mojej opinii niewiele wnoszą i są za długie i koszmarnie usypiające. Cała historia lepiej by wybrzmiała, gdyby trwało to 90 minut a nie te pół godziny dłużej. To jeden z tych filmów, który gdyby nie Oscary przeszedłby totalnie bez echa, bo ludzie nie lubią takich powolnych produkcji. Pragną mięsa i flaków na ekranie. Nic ten film w moim kinowym życiu nie zmienił. Po prostu go obejrzałem.
Ocena: 6/10
.jpg)



Komentarze
Prześlij komentarz