Omen: Początek

 



 "Najlepszy prequel w historii kina". Takie głosy można wyczytać na temat tego filmu. Ja mam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony doceniam oryginalność, dosadność i sam pomysł na to jak odkurzyć znany koncept i wyjść z twarzą. Z drugiej zaś strony mam wrażenie, że trochę ta dosadność poszła za daleko i ocierała się o kicz. Nie zaszkodziłoby kilka niedopowiedzeń. Jakby twórcy chcieli udowodnić, że można zrobić horror pod popcornowego widza i jakoś się wybronić obijając twarz widza całe dwie godziny. Ten film to taka tortura na nas. Dostajemy szereg mocnych sekwencji, które mają się skleić w całość. W tym aspekcie wszystko wyszło idealnie.




 Film rozpoczyna rozmowa w konfesjonale dwóch księży, którzy opowiadają o pewnym złym bycie, który się urodził i o który kościół dba od lat. Taka zachęta byśmy byli zainteresowani tym co będzie dalej. Podążamy za młodą zakonnicą, która przyjeżdża do Rzymu za sprawą zaprzyjaźnionego księdza. W zakonie jest jedna dziewczynka, która trzyma jest praktycznie w zamknięciu i dla widza oczywistym się wydaję, ze to ta owa osoba z rozmowy z początku filmu. W tym momencie już więcej nie napiszę o fabule, bo bym Wam popsuł przyjemność oglądania. 




Zazwyczaj w horrorach aktorzy wypadają słabo, natomiast tutaj praktycznie każdy bardzo dobrze, choć obsadzenie w roli księdza gościa z "To właśnie miłość" to był dość odważny ruch. Generalnie cały ten projekt epatuję odwagą i brakiem kompleksów. To bez wątpienia jego największy atut. Chciano zrobić coś mocnego ale zarazem z klasą. Otwiera nam się nowe uniwersum. Już się nie mogę doczekać sequela. On bez wątpienia nadejdzie. Nie zawalcie tego!!!


Ocena: 8/10


Komentarze

Popularne posty