Mój pies Artur
Mark Wahlberg ostatnio gustuję w produkcjach mało ambitnych a wręcz bym powiedział, że paździerzowych. Tym razem pojawia się w filmie familijno-przygodowym. Dowiadujemy się, że jest byłym komandosem, który zajmuję się czymś a la triathlon tylko trzy razy trudniejszym. Zbiera ekipę do kolejnych zawodów.
W tle obserwujemy losy bezdomnego zaniedbanego pieska, który dołączy do naszych podróżników. To bez wątpienia jest wyciskacz łez. Nie taki bezczelny żerujący przez cały film na takim koncepcie ale na końca łezka może popłynąć. Z jednej strony obserwujemy walkę z samym sobą bohaterów ale też rosnącą więź między Wahlbergiem a psem. Na szczęście nie jest to budowane w sztampowy sposób tylko dość dyskretny. Nie ma tu nic czego byście już nie widzieli. Można się oczywiście czepiać o różne nielogiczności i absurdy ale myślę, że w tym aspekcie twórcy się wybronili. Mark Wahlberg nie jest najlepszym dramatycznie aktorem ale w roli tego sportowego świra spisuję się nienagannie.
Warto podkreślić, ze to historia oparta na książce. Piesek jest prawdziwy i niekomputerowy. Może tylko w jednej sekwencji w wodzie widać pracę grafików. Nie ma tu jakiegoś wielkiego napięcia. Czuło się, że to jeden z tych filmów, w których nie należy się spodziewać reformatorskich pomysłów. Bawiłem się nieźle. Czasem obejrzenie czegoś takiego jest wskazane, bo pozwala wyzwolić z nas trochę optymizmu a nie tylko melancholia i smutki.
Ocena: 6/10





Komentarze
Prześlij komentarz