Kaskader

 



 Ryan Gosling powraca na duży ekran w filmie twórcy pierwszej części "Johna Wicka". Brzmi bardzo dobrze i obiecująco. Przed seansem mamy małą rozmówkę reżysera Davida Leitcha wraz z Goslingiem. Nawet to było zabawne. Wspominam o tym, bo cały ten projekt mam wrażenie postawił na innowacyjność. Chcieli zrobić coś nowego, coś czego nikt inny jeszcze zrobił. Z jednej strony efekciarstwo kaskaderskie a z drugiej pełna absurdu konwencja. Nie ważna jest fabuła liczy się niekonwencjonalna forma. Dla mnie jest to niestety przerost formy nad treścią. 




Fabuła opowiada losy kaskadera, który na planie ulega wypadkowi i po 3 letniej przerwie ponownie dostaję szanse wzięcia udziału w projekcie. Tym razem za kamerą jego była ukochana Jody (Emily Blunt). Kiedyś była przecinkiem a teraz jest sama reżyserem. Ona jednak nie wie o tym, że w roli kaskadera ma właśnie wystąpić postać Goslinga. Ma on być ponownie kaskaderem Toma Rydera (Aaron Taylor-Johnson), który jest tu rozkapryszonym gwiazdorem, choć generalnie głównie się o nim mówi. Pojawia się dłużej na końcu. Film najlepiej wypada w scenach akcji i gdy na ekranie pojawia się pies. Duet Ryan Gosling-pies to najlepsze co dostajemy od tego projektu. Emily Blunt jako reżyserka jest dla mnie mdła i nosi cały czas te samą minę. Generalnie uważam ją za słabą aktorkę. Nawet u Nolana w Oppenhaimerze nie wypadła przekonująco, jest po prostu nijaka. Brak jej elementu by na tle innych aktorek zabłysnąć. Nie rozumiem jej fenomenu. 




Ryan Gosling widać, że dobrze się bawi swoją rolą i jest jak zawsze świetny, mimo, że słowa, które wypowiada często są głupie, a wręcz niedorzeczne. Ktoś powie zabawa konwencją, pastisz. Tylko pastisz musi tez bawić i działać, a tu mam wrażenie jest z tym ogromny problem. Kilka momentów jest naprawdę wybitnych. Zwłaszcza wizualnie scena walki w klubie, czy te z psem. To jeden z tych filmów, który jednego koszmarnie znudzi a drugiego zachwyci, ja jak zawsze jestem pośrodku...




Ocena: 5/10

Komentarze

Popularne posty