Bękart
Mads Mikkelsen jest wybitnym aktorem. Ma w sobie niesamowitą charyzmę i moc przyciągania, która jest jednocześnie odpychająca, bo zazwyczaj gra czarne charaktery. Miałem swego czasu trochę z tym problem w jego przypadku. Casus Christophera Waltza i jego pamiętna rolą w "Bękartach wojny" Quentina Tarantino (mojego filmowego ulubieńca). Teraz dostał rolę w duńskim westernie.
On jest weteranem wojennym, który upatrzył sobie wrzosowiska i pragnie COŚ wyhodować. On przed swoimi pomagierami ukrywał to długo. Nie będzie to chyba spojler jak powiem, że chodziło o kartofle. Ma w królestwie jednak wroga, który ma obsesję na punkcie tych ziem i robi mu non stop pod górkę. Wiernym kompanem naszego weterana wojennego jest duchowny i dwójka uciekinierów. Do tego grona dojdzie jeszcze mała czarnoskóra przybłęda. Ona odgrywa tu ofiarę rasizmu. Mam wrażenie, że zostało to tu wrzucone na siłę, by poprawność polityczna była. W końcowej fazie filmu dochodzi do przełomowego wydarzenia i w mojej opinie tam znowu prawa kobiet się pojawiły i pokazanie, że płeć piękna nie jest obywatelem trzeciej kategorii. Ona też potrafi zabić. Nie da się ukryć, że cały dramatyzm buduję tu Mads Mikkelsen. Ten nasz główny bohater jest zimny, konsekwentny i nie zważający na obyczaje czy przesądy. Potwierdza to choćby wątek z przekleństwem czarnulki.
Mamy ciekawego głównego bohatera, godny czarny charakter. Walka o honor i pieniądze. Twardzi faceci i kobiety w roli ofiar. Uważam, że film w pewnym momencie traci na tempie i w końcówce trochę na siłę jest przeciągany. Cała historia jest dość przewidywalna i zakończenie niby spoko ale brakowało mi więcej dramatyzmu. Jakby twórcy się wypompowali przez te 100 minut i zabrakło energii na pozostałe 20 minut. Nie zmienia faktu, ze to film warty wizyty w kinie.
Ocena: 7/10




Komentarze
Prześlij komentarz