Maestro (Netflix)

 



 Ten film miał potencjał na bycie arcydziełem. Bradley Cooper do tej pory jako reżyser sprawdzał się znakomicie. Podobno szykował się do tego filmu 6 lat. Wciela się tu w postać amerykańskiego kompozytora Leonardo Bernsteina. Początek jest mocny. Operatorka dała radę. Mamy ciekawy zabieg montażowy. Generalnie zdjęcia są na plus i film wygląda zjawiskowo. Dostrzegam tu sporo podobieństw do niedawnego "Napoleona". Wizualnie bez zarzutu, spory potencjał za sprawą historii opartej na prawdziwej postaci. Problemy są podobne. Twórca chciał za dużo wątków wrzucić i zrobił się z tego okropnie pocięty film, który pozbawiony jest napięcia i zainteresowania widza. Tutaj mamy niezwykle ciekawą relację Bernsteina ze swoją żoną. Carey Mulligan w jej roli jest znakomita i zapewne będzie jedną z faworytek do Oscara. Bradley Cooper jako Bernstein może nie powala ale nie można nic mu zarzucić. 



Co do fabuły: niestety tutaj mamy przeskok czasowy podobny jak w Napoleonie. Uważam, że jakby ten film potrwał trzy godziny i głębiej wszedł w głowę głównego bohatera to mógłby być prawdziwą ucztą a tak pozostaje niedosyt. Świetna jest muzyka, która powoduje, że te dwie godziny nie są męczarnią i to jest różnica, która powoduję, że nie nienawidzę tego filmu jak "Napoleona". Do tego kilka scen i zabiegów realizatorskich jest kreatywnych. Choćby sposób pokazania jednej z kłótni Bernsteina z jego żoną. 




To taki film momentów. Tylko trochę mało dowiadujemy się o samym kompozytorze. Co wiemy: ma skłonności homoseksualne (niby ma żonę ale pociąg do mężczyzn jest tu zauważalny od pierwszej sceny), ma skomplikowaną osobowość ( można wręcz rzec, że toksyczną), są wątpliwości w kwestii jego talentu kompozytorskiego, mimo ogromnej popularności wśród odbiorców. Reasumując, nie był to stracony czas ale daleki jestem od zachwytu.


Ocena: 6/10

Komentarze

Popularne posty