Noc Dziękczynienia
Od dzisiaj w kinach "Napoleon" Ridleya Scotta i pewnie wszyscy hurtowo ruszą do kina. Już widziałem ale o tym więcej jutro. Byłem też na nowym filmie Eli Rotha ( możecie go kojarzyć z "Bękartów wojny" Tarantino). Patrząc na "Noc dziękczynienia" widać w nim miłość do konwencji Quentina. To niesamowicie oryginalny film. Początek jest szokujący. Mamy scenę w supermarkecie w Czarny Piątek. Ludzie czekają przed sklepem na otwarcie. Rozdawali darmowe sprzęty RTV. Ludzie jednak zachowują się jak zwierzęta i dochodzi tam do trzech śmierci. Jedna z nich okaże się kluczowa na końcu, bo nagle mamy cięcie i przenosimy się rok do przodu. Ludzie uczestniczący w tym zdarzeniau przeżyli ogromną traumę. Jeden z nich opuścił miasto.
Nagle pojawia się seryjny morderca paradujący w masce byłego gubernatora Plymouth Johna Carvera. My podążamy za grupą przyjaciół. Trochę coś a la "Krzyk". Tutaj jednak sceny śmierci są niezwykle oryginalne i niekonwencjonalne. Za to ogromny szacun. Po mocnym początku potem fabuła przeobraża się w typowy slasher i miałem obawy, że to już podąży jak w książce. Na całe szczęście końcowa faza to szereg ciekawych zabiegów i zwrotów akcji.
Kto jest mordercą? Miałem dwóch podejrzanych i mogę się pochwalić, że zgadłem, choć to nie był oczywisty typ. Po prostu zastanawiałem się kto mógłby mieć nieoczywisty motyw i tak sobie to poukładałem, bo ten drugi nie bardzo miał powody by zabijać, ale zachowywał się podejrzanie i pasował. Trzeba oddać, że można tego mordercę zrozumieć, bo został skrzywdzony przez ludzi, których zabiła pycha. Ten film to przednia zabawa. Ma swoje minusy ale lubię ten projekt i mimo slasherowej konwencji udało się z tego wycisnąć coś ekstra. Polecam sprawdzić.
Ocena: 8/10





Komentarze
Prześlij komentarz