Czas krwawego księżyca
Trzy godziny i dwadzieścia minut!! Ostatni taki seans to chyba "Avengers: Koniec gry" (2019). Nie zasnąłem. Miałem momenty słabsze ale sama historia była poprowadzona dość zgrabnie i nie było długich momentów przynudzania. Były chwilę, że wstawiane były sceny jakichś indyjskich tańców czy archiwalnych zdjęć. To zapewne miało widzowi oddać klimatu środowiska, w którym przebywamy.
Historia skupia się na jednej z rodzin Osagów, która staję się ofiarą nikczemnych działań bosa tutejszej społeczności, którego główną motywacją są pieniędzy. W roli Williama Hale'a znakomity Robert De Niro. Nie spojleruję. Już w jednej z pierwszych scen dowiadujemy się, że to on będzie stał za wszelkimi okropnościami. Ta postać trochę przypomina Jacka Nicholsona z "Infiltracji" (2006) Scorsese. On wykorzystuję tu członków swojej rodziny w tym Ernesta (Leonardo Di Caprio). Początkowo on zachowuję się jak kompletny pustak i głupek. Potakuję na wszystko co De Niro mówi. Zresztą każda ich rozmowa to prawdziwe złoto i diamenty. Z czasem Di Caprio bierze ślub z jedną indianką Mollie (Lily Gladstone). Kolejna zjawiskowa kreacja. Niby na drugim planie, ale każda scena jest jej. Dochodzi do wielu mordów i sprawcy pozostają nieznani ( oczywiście my widzowie ich znamy). Tu właśnie pojawia się mój największy problem z tym filmem. Ta fabuła była zbyt oczywista. Tak naprawdę nie było zwrotów akcji, które by nas pobudziły. Nie widać tu geniuszu Scorsese.
Wszystkie sceny super nakręcone, to samo zdjęcia. Aktorstwo najwyższy poziom ale słabości są dwie: fabuła i długość filmu. Dwie godziny by wystarczyły . Zresztą widać, że materiału było znacznie więcej. bo kilka ważnych rozmów zostało wyciętych. To nie jest film dla każdego. Większość zabiję długość filmu. No ale na ekranie jest Leo Di Caprio. On jest niewiarygodny. Zachwyca na każdym kroku, Ja jestem na TAK, bo spodziewałem się czegoś słabszego.
Ocena: 7/10




Komentarze
Prześlij komentarz