Mów do mnie (Talk to me)
Australijski horror. To coś jakże nowego i zarazem intrygującego. Szereg pozytywnych recenzji z zagranicy. Te zachwyty były tak wielkie jakby powstało arcydzieło. Czy zatem mamy z nim do czynienia? To na pewno bardzo oryginalny projekt i posiadający szereg atutów ale znalazłyby się też drobne minusiki. Otwarcie filmu jest wstrząsające. Po takim mocnym wstępie spodziewałem się, że będziemy okładani plaskaczami do końca. Tymczasem przez jakieś 20 minut śledzimy idiotyczne zachowania młodych ludzi, którzy zachowują się jak przedszkolaki i trudno ich polubić.
My podążamy za Mią, która straciła matkę i ewidentnie nie jest w stanie poradzić sobie z tą traumą. Rozumiem, że to ciężkie przeżycie ale twórcy na początku robią wszystko byśmy ją znienawidzili. To jest właśnie ten minusik, choć można go uznać za plusik, bo to bardzo nietypowy krok fabularny. Zazwyczaj kibicujemy i współczujemy bohaterce o takich przeżyciach. Mia wraz ze swoimi przyjaciółmi bawi się rekwizytem, który służy do wywoływania zmarłych. Konsekwencję tej zabawy będą zatrważające. Tutaj naprawdę można się przestraszyć. Myślę, że znajdą się ludzie, którym tak szalona konwencja może nie podejść, bo oni przyszli na prosty i głupawy horror a dostali coś tak niecodziennego. Kilkukrotnie naprawdę mnie zamurowało w trakcie seansu.
Myślę, że śmiało mogę nazwać "Mów do mnie" najlepszym horrorem roku, a może nawet filmem niezależnie od gatunku. To jest dyskusyjne ale ja wolę coś takiego niż "Barbie" czy "Oppemhaimera". Film trwa 95 minut co jest idealnym czasem i po raz pierwszy nie narzekam na długość. Bardzo dobre aktorstwo w wykonaniu wszystkich i zakończenie jakże idealnie spinające całość. To naprawdę był udany seans. Polecam.
Ocena:8/10




Komentarze
Prześlij komentarz