Listy do M. 5
Niedowierzam. To się nie miało prawa zdarzyć. Chyba widząc kolejną odsłonę "Listów do M. " mieliście podobne myśli jak ja: po co? Dlaczego? Czy naprawdę Ci filmowcy nie mają gustu i litości? Idąc do kina szedłem jak na kolejną odsłonę "365 dni" czyli wiedziałem, ze idę na ścięcie. Na całe szczęście czasem cuda się zdarzają. Oglądam początkowe 20 minut i mam dziwne myśli. To mi się podoba, jestem zaintrygowany. Oczywiście formuła jest podobna jak przy okazji poprzednich części czyli kilka historii, które się jakoś ze sobą łączą. O ile w poprzednich trzech filmach ta konwencja się rozlazła, to o ile w piątym odcinku te wątki są naprawdę ciekawe i momentami zabawne.
Wojciech Malajkat w swoim natrafia na małoletniego złodzieja, któremu pragnie pomóc. Urocza jest ta relacja. Malajkat to jednak jest aktor z urokiem i trudno go nie lubić. Wraca Mikołaj-Karolak. Wiadomo, że on stał się błaznem polskiego kina ale trzeba mu oddać, że w roli zdegenerowanego Mikołaja jest świetny. Do tego dochodzi krwisty i emocjonalny wątek Adamczyka i Dygant. Między nimi jak zawsze na ekranie jest chemia i ten wątek jest chyba moim ulubionym. W nim odkrywamy skonfliktowaną rodzinę Dygant. Tam akcja kręci się wokół bogatego wujka, od którego każdy chcę coś wyciągnąć.
Najgorszy jest wątek z udziałem dwóch zakochanych par. O ile Maria Dębska daję w nich radę, to ten Mateusz Banasiuk po raz kolejny udowadnia, że jest najbardziej nijakim aktorem na świecie. Wygląda jakby tam grał za karę. Myślę, że gdyby twórcy odpuścili sobie ten wątek to film na niczym by nie stracił. Oczywiście to jest komedia romantyczna także nie ma tu większej głębi ani jakiś zaskakujących fabularnych ruchów. Ten film ma funkcję rozrywkową i wie czym chcę być. Uważam, ze to znakomita propozycja na lekki weekendowy seans. Bohaterowie do polubienia, trochę śmiechu, dialogi nawet nieźle napisane. Muzyka też może być. Jakoś polubiłem ten film i nie mam serca by się czepiać na siłę.
Ocena: 7/10





Komentarze
Prześlij komentarz