The Gray Man
Uwielbiam czytać przed głośnym filmem i rzekomym hitem, że największy budżet i wszystko naj. Oglądając "The Gray Man" zastanawiałem na co te 200 milionów dolarów poszło? Wygląda na to, że większość na wynagrodzenia dla aktorów, bo mamy tu duże nazwiska: Ryan Gosling, Chris Evans czy ostatnio modna Ana De Armas. Ta ostatnia moim zdaniem jest niesłusznie tak forowana, bo oprócz epizodu w Bondzie nigdzie nie zachwyciła. Uroda to nie wszystko. Były szumne zapowiedzi, porównania do "Szybkich i Wściekłych". Do tego za kamerą bracia Russo, którzy zasłynęli za sprawą Marvelowskich filmów. Jak dla mnie nie jest to wcale dobra rekomendacja, bo to oznacza, ze mamy do czynienia z gośćmi, którzy tylko pracują, gdy jest duży budżet i brak tu jakiejkolwiek autorskości i niezależności. Nie pomyliłem się. "The Gray Man" to typowy Netflixowy przeciętniak. Ponoć ten film miał przekonać ludzi do pozostania na Netflixie ale wątpię by to podziałało.
Niby fajny jest Chris Evans, ale Ryan Gosling znowu gra siebie czyli tajemniczego smutasa z jedną miną przez cały film. Historia kręci się wokół więźnia, który otrzymuję propozycję pracy od CIA. Miał być cichym i nieoficjalnym zabójcą. W tym momencie pojawia się pierwsza nieścisłość i brak szacunku do widza. Pierwsza scena jest w więzieniu i po chwili dostajemy napis: 18 lat później. Pytanie za sto punktów: jak myślicie czy u Ryana Goslinga po tylu latach znajdziemy na głowie siwy włos? Albo oznakę, że się postarzał? Nie wiem jak Wy ale ja oprócz fryzury nie dostrzegam różnicy. Nie cierpię takiego dyletanctwa.
Chris Evans jest antagonistą i może dobrze wypada ale jakoś nie czułem strachu przed nim. Oczywiście były efekty specjalne ale jak na najwyższy budżet to można było się spodziewać lepszego efektu. Ana De Armas jest nijaka i mało interesująca jako postać. Taki film do obejrzenia jednym okiem. Jeżeli lubicie przeciętniaki to jest to idealna propozycja dla Was.
Ocena: 5/10




Komentarze
Prześlij komentarz