Wszystko wszędzie naraz

 


Już dawno nie miałem aż tak ambiwalentnych odczuć jak po obejrzeniu filmu, o którym dziś powiem. Ludzie, którzy zrobili ten film są chorzy psychicznie. A ci z was, którzy zrozumieli go całkowicie powinni się leczyć również. No chyba, że ja tu czegoś nie załapałem? Chciałbym wam streścić o czym on jest ale trudno mi to zrobić. 



Powiedziałbym, że to taka mieszanka Matrixa, kina akcji w azjatyckim stylu, trochę czarna komedia. Z drugiej zaś strony jest to film o poważnym temacie. Nasza bohaterka nie radzi sobie ze swoim życiem a my w bardzo dosadny sposób obserwujemy to. Początkowo chciałem wyjść z seansu po 20 minutach, bo ten film to istna gonitwa. Sceny trwają po 15 sekund, pędzimy nawet szybciej niż w "Mad Maxie". Montaż w stylu Patryka Vegi. Do tego strasznie irytujący chiński język. Jak dla mnie jest to film bardzo nierówny. Słabe momenty przeplatają się z rewelacyjnie dobrymi. 



Moją ulubioną sceną jest rozmowa skał na pustkowiu. Wiem, że to brzmi absurdalnie ale tego na ekranie mamy sporo. Trzeba naprawdę dużo dobrej woli i chęci by wytrzymać te dwie półgodziny w kinie. Czytałem, że recenzję są pozytywne. Nie zgadzam się z nimi, bo jak dla mnie ten film to przerost formy nad treścią. Choć im dłużej to analizuję, to może to ja po prostu szukam czegoś innego w kinie niż ludzie, którzy zachwycają się nad tą produkcją? Zresztą podobny precedens ma się w kontekście filmu "Wiking", ale o tym będzie następny wpis. 




Myślę, że to nie jest film dla ludzi normalnych. Ja chyba nim jestem, bo nie zrozumiałem przesłania jakie ze sobą niósł. Dziś nie dam oceny, bo nie jestem w stanie racjonalnie ocenić tego co zobaczyłem. Nie wiem co brali twórcy tego filmu ale ich diler musiał mieć świetny towar.



Komentarze

Popularne posty