Uncharted
Tom Holland jest ulubieńcem popcornowego widza od czasów Avengers, gdzie pojawił się na drugim planie jako Spiderman. Myślę, że grając tak znane i rozpoznawalne a wręcz kultowe postacie aktorzy nie są w stanie uniknąć zaszufladkowania przez widzów i media. Dziś pojawił się w najnowszym filmie Rubena Fleischera "Uncharted", który oparta jest na słynnej grze komputerowej. Szczerze mówiąc nigdy o niej nie słyszałem tak więc poszedłem z totalnie chłodną głową, choć mniej więcej wiedziałem czego mogę się spodziewać, a mianowicie gorszej wersji "Indiany Jonesa". Nie pomyliłem się.
Nathan Drake (Tom Holland) jest drobnym złodziejaszkiem i barmanem. Nagle po pracy odwiedza go Mark Wahlberg i przekonuję do poszukiwania skarbu. W tle gdzieś pojawia się wątek brata Nathana, który podobno jest znacznie bystrzejszy od naszego głównego bohatera. Fabuła nie jest szczególnie złożona. Słabym punktem jest brak rozwoju czarnego charakteru. Niby jest nim sam Antonio Banderas ale patrząc na to jak gra zacząłem się zastanawiać, czy on czasem nie robi sobie żartów ze swojej postaci.
Mark Wahlberg nic nadzwyczajnego nie gra a Tom Holland znowu uderza w klimaty komediowe grając nieopierzonego młodzieńca. Stara śpiewka. Tak naprawdę nie ma tu nic oryginalnego ani kreatywnego. Porównałbym to do Netflixowej "Czerwonej Noty". Dużo gwiazd na ekranie ale totalny brak chemii między nimi. Chciałbym jednak podkreślić, że jeżeli jesteście typowymi popcornowymi widzami to będziecie zadowoleni, bo jednak na ekranie dużo się dzieję i nie ma wielu przestojów. Podejrzewam, że doczekamy się sequela, no bo mieliśmy scenę po napisach. Jeżeli lubicie Toma Hollanda to śmiało się możecie wybrać.
Ocena: 5/10


Komentarze
Prześlij komentarz