Jeden gniewny człowiek
Istnieją tacy reżyserzy, na których filmy się czeka. Tarantino, Scorsese, Polański a ostatnio takim stał się też w moich oczach Guy Ritchie. Do dziś zachwycam się "Kryptoninem UNCLE" czy filmami o Sherlocku. Tym razem reżyser wraca do korzeni i skręcił w stronę mocnego kina gangsterska a la Scorsese, choć wiadomo, że to dwie zupełnie inne stylistyki. Tym razem Ritchie postawił w roli głównej na Jasona Stathama i moim zdaniem był to trafiony wybór. Miałem trochę obaw z nim związanych, bo jest on aktorem mocno charakterystycznym a to nie zawsze jest atutem.
Fabuła skupia się wokół środowiska konwojentów. Całkiem niespodziewanie do jednostki wstąpił tajemniczy mężczyzna, któremu nadają ksywę H. Od początku widać, że mężczyzna nie znalazł się tam bez powodu. W tym momencie muszę z recenzowaniem fabuły przystopować, bo zepsułbym Was zabawę. Ostatni film Ritchiego "Dżentelmeni" był naszpikowany gwiazdami w obsadzie i był to projekt przesiąknięty ironią charakteryzującą tego twórcę. Tym razem trochę mało tego tu jest. W konwencji kina gangsterskiego najważniejsze jest by akcja nas trzymała przy ekranie i byśmy wyczekiwali na każdą kolejną scenę. Śmiało mogę stwierdzić, że pod tym względem reżyser dał radę.
Na pewno nie jest to jego najlepszy film ale mimo tego nadal warty obejrzenia. Do atutów również należy dodać drugi plan. Prym wiedzie tam postać o jakże groźnej ksywie Bullet. Każda scena jego ze Stathamem ciągnie ten film i chcę się oglądać dalej. Jestem trochę rozczarowany zakończeniem, bo spodziewałem się po Ritchiem czegoś bardziej kreatywnego i zaskakującego a tymczasem było dość przewidywalnie. Odnoszę wrażenie, że dużo zostało z tego materiału wycięte a szkoda, bo chciałbym by ten film potrwał jeszcze 20 min dłużej. Nie zmienia to faktu, że to mocna propozycja, którą każdy fan kina gangsterskiego powinien obejrzeć. Ja się dobrze bawiłem.
Ocena: 8/10





Komentarze
Prześlij komentarz