Malcolm i Marie
Od kilku miesięcy mocno przejadły mi się serialowo-filmowe platformy jak Netflix czy HBO GO. Do tego doszło, że zacząłem oglądać po latach takie seriale jak "Nie z tego świata" czy "Pamiętniki wampirów". Wszystko to co oglądałem w między czasie nie zasługiwało na ani jedno słowo z mojej strony. Kilka dni temu zacząłem oglądać melodramatyczny serial "Firefly Lane". Początek był obiecujący ale im dalej w las to było coraz senniej.
Dziś natomiast pojawił się nowy film na Netflixie, który zapowiadał się niezwykle obiecująco ze względu na obsadę. Dwa nowe i utalentowane postacie: Zendaya ("Euforia", "Spiderman-Daleko od domu") oraz John David Washington ("Tenet"). Ten drugi jest synem słynnego ojca Denzela Washingtona, więc geny ma dobre. Przyznam, że nie żałuję tych prawie dwóch godzin. Nie ma tu zawrotnej akcji, dziesiątek postaci i miejsc zdarzeń, ale są dwie wyraziste postacie i dużo mięsistych i krwistych dialogów. Najnowszy film Sama Levinsona rozgrywa się w luksusowym domu, gdzie dwójka bohaterów przezywa z pozoru najszczęśliwszy dzień w życie jednego z nich. Małżeństwo wraca z premiery filmu , którego czarnoskóry Malcolm był twórcą. Mężczyzna jest w totalnej euforii, jego entuzjazmu nie podziela natomiast partnerka. Od samego początku rozpoczyna się słowny ping-pong. Monologi są rewelacyjnie napisane. Postacie potrafią perfekcyjnie siebie nawzajem punktować i wskazywać grzeszki drugiej strony. Powiedziałbym wręcz, ze odbywa się tu pojedynek artystyczny, kto lepiej wypadnie. Dla mnie królem ekranu jest tu Washington. Pamiętam go z nudnego "Teneta" i tam nie dał się pozytywnie poznać. Tutaj natomiast pokazuję spektrum emocji i uwierzyłem w tę kreację. Zendaya też wypada świetnie ale odrobinkę słabiej jak dla mnie.
Na pewno będzie ten film gratką dla ludzi, którzy na małżeństwie zjedli zęby, bo znakomicie pokazuję mechanizm funkcjonowania związku. Od miłości po liczne niesnaski. Bardzo fajnym zabiegiem wizualnym była biało-czarna sceneria zdarzeń, niczym z "Zimnej wojny" Pawła Pawlikowskiego. Lubię czasem tutaj poszufladkować sobie ludzi ze względu na ich filmową kompetencję czy oczekiwania i dlatego też przestrzegam popcornowego widza, żeby sobie seans w tym przypadku odpuścił.
Ocena: 7/10





Komentarze
Prześlij komentarz