Bo we mnie jest seks
Lata 60-te to dla wielu ludzi dziś prehistoria. Wrócić do tych czasów postanowiła Katarzyna Klimowicz w swoim filmie o gwieździe muzycznej tych lat Kalinie Jędrusik, która uchodziła za polską Marilyn Monroe albo chciała by ludzie ją za taką uważali. Zacznę od nielicznych atutów projektu. Myślę, że Maria Dębska w roli Jędrusik wypadła zadowalająco. Nie jestem aktorem ale wydaję mi się, że zagranie wyrazistej postaci jest znacznie łatwiejsze niż przeciwieństwa ale niczego nie zamierzam aktorce odbierać. Dała z siebie wszystko i się wybroniła. Aktorsko również broni się Leszek Lichota jako Stanisław Dygat. Na tym niestety plusy się kończą. Od samego początku film zmierza w złym kierunku i nie do końca wiadomo do czego to wszystko ma zmierzać. Końcówka pokazuję, że pod przykrywką opowieści o kobiecie z charyzmą twórczyni chcę zrobić propagandę dotyczącą dyskryminacji kobiet w tamtym i dzisiejszym świecie.
Tomasz Raczek w swojej recenzji wspomniał, ze Jędrusik była wierząca i chodziła do kościoła. Zastanawiam się czemu nie było choć jednej sceny pokazującej to? Może dlatego, ze dla Pani reżyser nie było to istotne? Generalnie jestem bardzo rozczarowany tym co obejrzałem, bo tam był tak ogromny potencjał na wielki hit, na miarę "Sztuki kochania", no ale niestety zabrakło kreatywności, talentu i pomysłu. Paradoksalnie największą przegraną będzie Maria Dębska, bo naprawdę uważam ją za zdolną aktorkę ale po raz kolejny zagrała dobrze w słabym filmie.
Pani Klimowicz myślała, że jak obsadzi w jednej z ról lubianego muzyka Krzysztofa Zalewskiego to zyska na tym. Może i jest zdolnym pieśniarzem ale aktorsko wypada blado. Czy odradzam Wam seans? Niekoniecznie. Uważam, ze warto chodzić do kina i mieć swoje zdanie a nie opierać opinie na głosach osób trzecich. Ja osobiście jestem mocno zawiedziony.
Ocena: 5/10


Komentarze
Prześlij komentarz